To naprawdę zadziwiające z jaką łatwością wszystko ze mnie spływa. Gdyby nie to, że nie czuję zewnętrznego dyskomfortu pomyślałabym, że ktoś wylał na mnie wiadro oliwy. Nie złośliwie, tylko tak o, żeby było mi lżej. Ale czy jest mi lżej? Tyle razy mówiło się, że lepiej być tym głupim, żyjącym tak PO PROSTU, z dnia na dzień, z chwili na chwilę. Nic nie planujesz, nie martwisz sie o jutro, pojutrze i zakilkalat. Wtedy nic nie jest trwałe, do niczego nie trzeba się przywiązywać, a koniec boli mniej, prawie w ogóle. Ale czy tak jest lżej? W pewnym stopniu na pewno tak, jednak kiedy człowiek został stworzony do innego życia, ciężko mu odzwyczaić się odcodziennych tortur myślami, czy katowania się swoim jestestwem. To co miało być lżejsze staje się gorsze niż 10 tonowe kowadło spadające na głowy animowanych kolegów - krolików baksów. I co mi po tej oliwie? Szybciej chodzę na trudne spotkania. Co z tego, skoro nic z nich nie wynoszę? Żadnych nowych doświadczeń, emocji, wszystko jest takie samo. Chyba życie mi się znudziło. Nie jest mi lżej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz