Drzewo najwyraźniej przestało rosnąć. Pozwalam sobie na takie stwierdzenie, ponieważ nie czuję uderzających o wnętrze zgniłych owoców. Ich miękkość zazwyczaj była łatwo wyczuwalna - coś dosyć przyjemnego, a zarazem irytującego, bo przecież nie powinny się tam znaleźć. Wiadomo, ciało obce w organizmie nie jest mile widziane. Owoce turlały się od przedniej ściany pustej głowy do tylnej, hacząc o te boczne, by w końcu rozbić się o jedną z nich. Dużo miejsca, miały ogromne pole do manewru. Soki pryskały na wszystkie strony zostawiając gdzieniegdzie kilka kropelek. Kiedy już udało im się dostać do żył droga była prosta.. i krótka. Metr sześćdziesiąt jeden to nie tak dużo. W ciągu kilku sekund soki opanowały całe ciało. Po sfermentowaniu wynosiły się ot tak, bez zapowiedzi. Teraz nie czuję nic. Może poza jednym. Boję się. Ostatnio zdałam sobie sprawę z dosyć częstego wystukiwania tych słów. Bojęsię można znaleźć w każdej notce. Jeśli nie w każdej, to w większości. Boję się, że będę nikim.
A mówią, że należę do tych lepszych - odważnych.
edit.
Znów zaczęło rosnąć. Kto by pomyślał.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz