ludzie oczekują od świąt cudów. nagle ich wszystkie problemy pójdą precz, mama pokocha, ojciec stanie się ojcem i przyzna się do win. koleżance z dnia na dzień się polepszy, odrośnie jej noga i przestaną wypadać włosy. kobiety nie mogą znieść zapachów wszystkich kuszących potraw, a to już dziesiąty dzień na diecie cud. wiecznie głodne. mało tego muszą stać nad garami i patrzeć jak z każdą minutą rośnie ciasto w piekarniku. a tak naprawdę nie lubią rodzynek. faceci są zawiedzeni, bo mieli nadzieję, że wigilia będzie jedynym dniem, kiedy nie będą musieli robić nic bez żadnych konsekwencji, a okazuje się, że, jak codziennie, są bezużytecznymi robotami z piwem w lewej i pilotem w prawej. oczekują od żon, że 24 grudnia dadzą im spokój. te, o dziwo, w pogoni zakupów i mimo braku rąk, znajdują czas, by wydrzeć ryja na męża. coraz częściej ktoś mi mówi, nienawidzęświąt. budzą się, idą do łazienki, myją zęby - podstawowe czynności. patrzą w kalendarz i nagle wielkie okurwa, wigilia jest dzisiaj. i są źli, że nie czują magii świąt. stali się dorosłymi, czują, że stracili dzieciństwo, nie mogąc dołożyć do wspomnień wspólnego pieczenia pierników, bo nie lubili. chcą ciepła kominka, ale im to dane nie jest, bo wypłaty ledwo starczają do połowy miesiąca. może kiedyś skonstruują prototyp ogniska palącego się w bloku. nienawidzą świąt, bo ubieranie choinki to już nie przyjemność, to raczej przymus. czekają do ostatniego dnia, bo wcześniej im się nie chce. za parę lat nie postawią choinki w ogóle. nie nakryją do stołu. nie uświnią wanny łuskami karpia. za parę lat będą wkładać stopery do uszu, żeby pozwolić kolędnikom śpiewać, inaczej wyjęliby widły. za parę lat zabiją człowieka. tak naprawdę nikt jeszcze nie nazwał tej nienawiści, dlatego zawsze puszczam to mimo uszu.
czwartek, 24 grudnia 2009
real hate
ludzie oczekują od świąt cudów. nagle ich wszystkie problemy pójdą precz, mama pokocha, ojciec stanie się ojcem i przyzna się do win. koleżance z dnia na dzień się polepszy, odrośnie jej noga i przestaną wypadać włosy. kobiety nie mogą znieść zapachów wszystkich kuszących potraw, a to już dziesiąty dzień na diecie cud. wiecznie głodne. mało tego muszą stać nad garami i patrzeć jak z każdą minutą rośnie ciasto w piekarniku. a tak naprawdę nie lubią rodzynek. faceci są zawiedzeni, bo mieli nadzieję, że wigilia będzie jedynym dniem, kiedy nie będą musieli robić nic bez żadnych konsekwencji, a okazuje się, że, jak codziennie, są bezużytecznymi robotami z piwem w lewej i pilotem w prawej. oczekują od żon, że 24 grudnia dadzą im spokój. te, o dziwo, w pogoni zakupów i mimo braku rąk, znajdują czas, by wydrzeć ryja na męża. coraz częściej ktoś mi mówi, nienawidzęświąt. budzą się, idą do łazienki, myją zęby - podstawowe czynności. patrzą w kalendarz i nagle wielkie okurwa, wigilia jest dzisiaj. i są źli, że nie czują magii świąt. stali się dorosłymi, czują, że stracili dzieciństwo, nie mogąc dołożyć do wspomnień wspólnego pieczenia pierników, bo nie lubili. chcą ciepła kominka, ale im to dane nie jest, bo wypłaty ledwo starczają do połowy miesiąca. może kiedyś skonstruują prototyp ogniska palącego się w bloku. nienawidzą świąt, bo ubieranie choinki to już nie przyjemność, to raczej przymus. czekają do ostatniego dnia, bo wcześniej im się nie chce. za parę lat nie postawią choinki w ogóle. nie nakryją do stołu. nie uświnią wanny łuskami karpia. za parę lat będą wkładać stopery do uszu, żeby pozwolić kolędnikom śpiewać, inaczej wyjęliby widły. za parę lat zabiją człowieka. tak naprawdę nikt jeszcze nie nazwał tej nienawiści, dlatego zawsze puszczam to mimo uszu.
wtorek, 22 grudnia 2009
slack
głową w blat, głową w blat, głową-w-blat. gło-wą w b l a t. uderzam, ale to nie to. ściana też nie.
muzyka przeszkadza. wyłączam. cisza. jeszcze gorzej.
wyszywam. wbijam igłę pod paznokieć. chusteczkę rzucam na podłogę. nie zdążę.
muszę zająć czymś ręce.
bezowocnie szukam igły, która poleciała śladem chusteczki. wślizguję się pod łóżko, uderzam głową o deskę. leżę, nie chcę wstawać. nie mam siły się podnieść, coś mi ciąży, wgniata, wtapiam się, znikam. ściągam wszystkich na dół. ciągnę łańcuchami w dół.
mówiłam, pamiętaj, żeby o nikogo nie zahaczyć. a jednak.
jednak nie umiem żyć.
dlaczego moje ręce drżą, skoro tak ciężko mi czuć.
serce, przestań boleć.
muzyka przeszkadza. wyłączam. cisza. jeszcze gorzej.
wyszywam. wbijam igłę pod paznokieć. chusteczkę rzucam na podłogę. nie zdążę.
muszę zająć czymś ręce.
bezowocnie szukam igły, która poleciała śladem chusteczki. wślizguję się pod łóżko, uderzam głową o deskę. leżę, nie chcę wstawać. nie mam siły się podnieść, coś mi ciąży, wgniata, wtapiam się, znikam. ściągam wszystkich na dół. ciągnę łańcuchami w dół.
mówiłam, pamiętaj, żeby o nikogo nie zahaczyć. a jednak.
jednak nie umiem żyć.
dlaczego moje ręce drżą, skoro tak ciężko mi czuć.
serce, przestań boleć.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
chocolates and cigarettes
dlaczego nie chodzisz do szkoły? jedno z najtrudniejszych w ostatnim czasie.
jeśli zostanę w domu obejrzę film, zrobię zdjęcia w lepszym świetle, bo o 16, to do dupy. spędzę więcej czasu z kotem i jeśli znajdę chęci, może zacznę sprzątać. dzisiaj będę mogła zasnąć ze 3 godziny później. nokurwa, same plusy. jeśli opuszczę jeszcze jeden dzień pod rząd moje wytłumaczenie poparte dolegliwościami żołądkowymi stanie się bardziej wiarygodne.
wodę leje, światło pali, żre i jeszcze chce pieniądze. co za utrapienie, jestem ciężarem.
niedziela, 13 grudnia 2009
7
czy ja nie wspominałam wczoraj o zimie? pamiętam. śnieg to dobry temat dla wszystkich. pamiętam - śnieg był czymś ważnym. te same piosenki, te same filmy. historia się powtarza, podobno lubi. z tym, że zawsze znajdą się szczegóły różniące tę od poprzedniej. to stało się bardzo ważnym szczegółem. niezłe-kurwa-wyczucie. cóż za celny strzał.
not
nie potrzebujesz kogoś, kto chce ci tylko płakać w rękaw.
matko, jak pusto.
niech jeszcze raz ktoś mi powie, że wystarczy chcieć, przysięgam - zastrzelę.
matko, jak pusto.
niech jeszcze raz ktoś mi powie, że wystarczy chcieć, przysięgam - zastrzelę.
czwartek, 10 grudnia 2009
not so strong
cóż za zachwyt, dumna pierś, chyba urosła parę centymetrów na kilka chwil. cieszę się, że w końcu dałam powód do dumy.
ale ja to pieprzę.
pieprzę drugie miejsce, które zajmuje się tylko dlatego, że 'lepsze' zostało zdyskwalifikowane. niesłusznie z resztą. ale nie mówię o tym mamie, niech rośnie dalej. co za wstyd.
ale ja to pieprzę.
pieprzę drugie miejsce, które zajmuje się tylko dlatego, że 'lepsze' zostało zdyskwalifikowane. niesłusznie z resztą. ale nie mówię o tym mamie, niech rośnie dalej. co za wstyd.
poniedziałek, 7 grudnia 2009
piątek, 4 grudnia 2009
been smoking too long
raz. zmysły jakieś takie wyostrzone. każdy dźwięk jest wyraźniejszy, każdy huk za oknem, szum samochodów, kroki w sąsiednim pokoju. każda myśl czystsza, jednocześnie zaćmiona. cały mózg zaćmiony. dwa. zmysły jakieś takie wyostrzone. każdy dźwięk jest wyraźniejszy, każdy huk za oknem, szum samochodów, kroki w sąsiednim pokoju. każda myśl czystsza, jednocześnie zaćmiona. cały mózg zaćmiony. trzy, cztery, pięć. cisza. sześć, siedem. dźwięk, zapach, dotyk - mnożą się. doprawiam i gaszę. biorę łyk piwa, a moje dłonie zaczynają drżeć. wprowadzam się w stan, który unosi mnie ponad.
środa, 2 grudnia 2009
wtorek, 1 grudnia 2009
okurwa
instruktor mówi ładniejeździsz, chybaciękocham, nietylkomądra a i ładna.
mama mówi, ococichodzi, dlaczegomnietaktraktujesz, jesteś nie od po wie dzia lna.
tata mówi dobredziecko, nie-pyskuj.
siostra się śmieje.
czytam i odpisuję na maila, bo mi wtedy lepiej. i kreuję obrazy. i uśmiecham się mimowolnie. raz, drugi, chlast. nie powinnaś.
jaram się swoimi nowymi butami, które dostanę w poniedziałek. bo, co jak co, ale mama nie lubi rozklejonych butów, jej córka nie może chodzić w rwących się butach. a ja lubię. ojciec też mówi, żeby wywalić. przypominają mi o tym, kim jestem. jestem rozpierdalającymi się butami. krok, krok, krok w tył, krok w dół, dziura się powiększa, przez dziurę w pięcie wlewa się coraz więcej wody, wpada więcej i więcej kamyków.
potem straciłam przyjaciela.






mama mówi, ococichodzi, dlaczegomnietaktraktujesz, jesteś nie od po wie dzia lna.
tata mówi dobredziecko, nie-pyskuj.
siostra się śmieje.
czytam i odpisuję na maila, bo mi wtedy lepiej. i kreuję obrazy. i uśmiecham się mimowolnie. raz, drugi, chlast. nie powinnaś.
jaram się swoimi nowymi butami, które dostanę w poniedziałek. bo, co jak co, ale mama nie lubi rozklejonych butów, jej córka nie może chodzić w rwących się butach. a ja lubię. ojciec też mówi, żeby wywalić. przypominają mi o tym, kim jestem. jestem rozpierdalającymi się butami. krok, krok, krok w tył, krok w dół, dziura się powiększa, przez dziurę w pięcie wlewa się coraz więcej wody, wpada więcej i więcej kamyków.
potem straciłam przyjaciela.
sobota, 28 listopada 2009
werewolf
coś wypłukało mnie doszczętnie, coś wywiało emocje, coś wypaliło wnętrzności, obrosło umysł, w kamień zamieniło serce. zaczytuję się w focusach, bo chcę być mądra. będę zamęczać opowiadaniami o szkołach w przyszłości, o falach akustycznych w przestrzeni kosmicznej, będę odtwarzać powstawanie chmur. i przekonam każdego, że trucie morza czasem okazuje się pożyteczne. już nie będę musiała lać wody na rozszerzonej maturze z geografii, będę miała twarde dowody na moje słowa.
po wstrząsającym artykule, o tym, jak cukier szkodzi organizmowi postanowiłam ograniczyć spożywanie cukru do minimum. najlepiej do zera. tłuszczpocukrze jest najgroźniejszy, może zgnieść twoje organy, wiesz o tym?
zapomniałam o swoich idolach-ścierwach. kłopot w tym, że na ich miejsce nie przychodzi nikt nowy. zostały puste miejsca. nawet już nie ciepłe. łapię rozgrzaną żarówkę z nadzieją, że to mnie obudzi. może przeżyję jakiś wstrząs, który palnie mnie w łeb. porządnie, bo na razie wszystko jest po obrocie 360 stopni. to, co miało mnie uratować wgniata głębiej. czuję dyskomfort.
po wstrząsającym artykule, o tym, jak cukier szkodzi organizmowi postanowiłam ograniczyć spożywanie cukru do minimum. najlepiej do zera. tłuszczpocukrze jest najgroźniejszy, może zgnieść twoje organy, wiesz o tym?
zapomniałam o swoich idolach-ścierwach. kłopot w tym, że na ich miejsce nie przychodzi nikt nowy. zostały puste miejsca. nawet już nie ciepłe. łapię rozgrzaną żarówkę z nadzieją, że to mnie obudzi. może przeżyję jakiś wstrząs, który palnie mnie w łeb. porządnie, bo na razie wszystko jest po obrocie 360 stopni. to, co miało mnie uratować wgniata głębiej. czuję dyskomfort.
niedziela, 22 listopada 2009
maybenot
jestem ostrym zapaleniem trzustki ojca.
jestem niespełnionym marzeniem mamy.
jestem przeziębionym stawem mamy.
jestem chorą dumą siostry.
jestem zagiętym rogiem podręcznika od polskiego.
jestem stertą porozrzucanych ubrań.
jestem codziennym krzykiem.
jestem brudnym talerzem na stole.
jestem rozbitym o ścianę kubkiem.
jestem drżącymi rękami tej w lustrze.
jestem drżącymi rękami cory.
jestem głosem w lewym uchu.
jestem kłamstwem lecącym 876468232 km/h.
jestem pękniętym sercem, pękniętym sercem.
jestem martwym organem cory.
jestem cory.
sobota, 21 listopada 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)